środa, 28 października 2009

Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao / Junot Díaz



Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao / Junot Díaz ; przekł. Jerzy Kozłowski. - Kraków : Wydawnictwo Znak, 2009. Ss. 301, ISBN 978-83-240-1192-6. Seria: (Proza / Znak).


Miałem co nieco problemów z otagowaniem tego wpisu: kusiło mnie by dodać tag "Iberoameryka", książka jest bowiem typową literaturą pogranicza kulturowego Ameryki Łacińskiej (dokładniej Dominikany) i USA. Również określenie saga jest chyba na wyrost, opisane są zaledwie trzy pokolenia, jednak motyw rodzinnego fatum, powtarzalności i cykliczności pewnych sytuacji sprawia, że określnik "saga" przynajmniej częściowo jest na miejscu.


Bohater powieści Oscar do typowy geek pozbawiony przyjaciół, nie wspominając nawet o dziewczynie, żyjący w świecie gier RPG i literatury fantasy grubas. Z pochodzenia jest Dominikańczykiem, więc jego postać tym żałośniej kontrastuje ze wzorcem jurnego i serca-łamiącego Latynosa. Obserwujemy jego rozmaite perypetie i klęski miłosne. Z czasem dowiadujemy się, że ciężki los Oscara to efekt działania fuku czyli dominikańskiej klątwy, która odcisnęła swoje piętno także na losach matki Oscara i jego dziadków.


Aby zrozumieć znaczną część powieści, trzeba koniecznie dowiedzieć się, czym była dyktatura Trujillo na Dominikanie - groteskowa i przerażająca zarazem tyrania, o której opowiada m. in. Vargasa Llosy "Święto kozła", zresztą dość złośliwie skwitowane przez Diaza. Trujillo jako ucieleśnienie klątwy doprowadza do śmierci dziadków Oscara, a jego matkę zmusza do emigracji do USA. Kto wie zresztą czy nie najciekawsze w powieści jest właśnie obraz środowiska Latynosów w USA: stojących jedną nogą w starym kraju, odreagowujących na różne aspołeczne sposoby swoje kłopoty z tożsamością.

.
Językowym obrazem ich konfuzji jest języki narracji, w oryginale był to zapewne Spanglish, tu mamy slangowo-hip-hopową polszczyznę poprzetykaną hispanizmami, objaśnianymi w przypisach na marginesie. Brzmi to o wiele lepiej niż by się mogło wydawać. Nawiasem mówiąc, tłumaczenie slangu to niewdzięczne zadanie i tym bardziej trzeba docenić kunszt Marii Skibniewskiej, której przekład "Buszującego w zbożu" wcale nie brzmi dziś, tak sądzę, śmiesznie.


Autor bardzo udanie pokazuje, jak to życie bohaterów polega na tym, że coś nad nimi wisi. Na barkach niosą indywidualną historię swojej rodziny (siostra Oscara Lola kłóci się ze swoją matką, tak jak ta buntowała się przeciw swojej opiekunce), ale i trudne losy swojego kraju. Chociaż fizycznie opuszczają swoją karaibską smaganą huraganami ojczyznę, noszą ją wszędzie ze sobą. W toku akcji mamy sporo barwnych epizodów, chociaż trudno się oprać wrażeniu, że tylko to co dzieje się na Dominikanie jest naprawdę (tam Oscar osiąga wreszcie sukces w relacjach damsko-męskich, lecz za wysoką cenę!). Liczne fragmenty i aluzje doceni tylko prawdziwy geek, bo kto to jest Czarnoksiężnik z Angmar?! Generalnie rzecz może się podobać, ale raczej nie jest w moim stylu.

czwartek, 22 października 2009

Ludowy akt miłości / James Meek



Ludowy akt miłości / James Meek ; przeł. Piotr Siemion i Maciej Ignaczak. - Warszawa : Wydawnictwa WAB, 2007. Ss. 462, ISBN 978-83-7414-275-5. Seria: (Don Kichot i Sancho Pansa).


"W wieku lat dwunastu, na długo zanim pośród aromatów książek i perfum, wydobywających się z torby pewnej dziewczyny, wyczuł charakterystyczny zapach dynamitu, Kirył Iwanowicz Samarin poprosił swego stryja, by ten pozwolił mu zmienić otczestwo" (s. 7) - czyż to zdanie otwierające powieść Jamesa Meeka nie kusi zapowiedzią wielkiej literatury? Mnie w każdym razie skusiło, zresztą sceneria syberyjska zawsze jest miła mojemu sercu, a choć powieść gdzieś po połowie traci nieco rozmach, styl i ogólnie "siada", jej lektura dostarcza wiele satysfakcji.


Oto jest rok 1919. W zapadłej syberyjskiej wiosce mieszka ze swoim małym synkiem Anna Pietrowna. Wieś zamieszkują członkowie ekstatycznej sekty, przewodzeni przez Gleba Bałaszowa. We wsi stacjonuje oddział Czechów, którzy w rosyjskiej wojnie domowej walczą po stronie białych, pod dowództwem ewidentnie obłąkanego kapitana Matuli. Do wioski przybywa Kirył Samarin. A teraz napiszę niczym Autor blurbs na tandetne powieści kryminalne: Jaką tajemnicę skrywają bogobojni sekciarze? Czy Anna Pietrowna na pewno jest wdową? Co zobaczył tunguski szaman podczas wyprawy do Wyższego Świata? Kim był Bałaszow nim zamieszkał na Syberii? Czy można wierzyć Samarinowi i jego opowieści o ucieczce z obozu karnego na dalekiej Północy?


Oczywiście nie odpowiem na te pytania, zwłaszcza że dzięki kunsztowi Autora, stopniowe ujawnianie kolejnych sekretów i zawiłości fabuły może znacznie przyśpieszyć bicie serca. Radzę czytać uważnie i zwracać uwagę na szczegóły, które nabierają później znaczenia, jak to świetnie widać na przykładzie pierwszej rozmowy Samarina z Bałaszowem, której każdy szczegół ma podwójne albo i potrójne dno. Chociaż bardzo ładne, takie, rzekłbym, pisane z melancholijnym rozmachem są retrospekcje z życia Samarina i Anny Pietrownej na początku książki, prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero w wiosce. Pomysł, aby połączyć fanatyczną sektę prawosławną i legion czeskich żołnierzy mocno zagubionych w rosyjskiej rzeczywistości, jest naprawdę kapitalny. Skądinąd historia pobytu czeskich żołnierzy na Syberii jest oparta na faktach, sami zaś czescy bohaterowie to same barwne postaci, jakby bohaterowie Hrabala przeniesieni do świata rodem z Dostojewskiego.


Oczywiście nie bez znaczenia jest czas akcji: stary porządek został zmieciony z powierzchni ziemi, nowy jeszcze nie zapanował. Bohaterowie, na co naprowadza nas już piękne otwierające zdanie, mają oto możliwość wymyślenia siebie, stworzenia siebie od nowa, co każdy z nich próbuje robić. W chaosie, jaki zapanował, jedni szukają oparcia w religii, inni w regularności wojskowego życia, ale jest i ktoś, dla kogo chaos i zniszczenia to stan jak najbardziej pożądany. To co najciekawsze w warstwie psychologicznej dzieje się w trójkącie Samarin-Anna-Bałaszow, każde z nich jest wiedzione miłością, choć dla każdego znaczy ona co innego.


Czuć na stronicach książki fascynację Autora Rosją, czuje się, że sporo widział, a też i sporo przeczytał, mamy więc dużo smakowitych szczegółów z życia codziennego różnych warstw społeczeństwa rosyjskiego. Kapitalne są momenty w których Autor nieco spuszcza z poważnego tonu i serwuje takie perełki jak "Pierwszy Słowiańsko-Socjalistyczno-Syberyjski Bank w Jazyku" (s.48). Jak napisałem, końcówka może lekko rozczarować, ale za scenę przesłuchania tunguskiego szamana przez żydowskiego porucznika wybaczam wszystko.

poniedziałek, 12 października 2009

Wyjechali / W. G. Sebald



Wyjechali / W. G. Sebald ; przeł. Małgorzata Łukasiewicz. - Warszawa : Wydawnictwo W.A.B., 2005. Ss. 304, ISBN 83-7414-070-4. Seria: (Don Kichot i Sancho Pansa).


Druga powieść Sebalda, jaką przeczytałem, podobała mi się dużo mnie niż pierwsza (czyli "Austerlitz"), przy czym trudno mi powiedzieć dlaczego. Mój intelekt jakoś prześlizgnął się po niesłychanie eleganckich frazach Sebalda, tu i ówdzie pobudzony, ale jednak nie poruszony do głębi. Z drugiej strony może to wcale nie jest zły objaw; słuchałem kiedyś podcastu z wywiadem z Sebaldem, gdzie mówił, że sama uroda i rytm frazy stanowi dla niego większą wartość niż poruszanie machiny fabularnej do przodu, w czym sam zadeklarował powinowactwo z pisarstwem choćby Thomasa de Quincey.


Bohaterami powieści są czterej "wyjechali" (tytułowe słowo należy rozumieć jako imiesłów a nie czasownik w formie osobowej!) panowie, w różny sposób związani z tajemniczym narratorem, o którym nie dowiadujemy się w zasadzie nic. Henry'ego Selwyna poznaje narrator jako starca przesiadującego w ogrodzie, jako młody człowiek wyjeżdża do Anglii. Swoje żydowskie pochodzenie ukrywa nawet przed żoną, popełnia samobójstwo, a tuż potem zostają znalezione zwłoki jego dawnego przyjaciela zaginionego w górach. Paul Bereyter mimo żydowskiego pochodzenia walczy w Wehrmachcie, po wojnie pracuje jako nauczyciel. Późniejszy okres życia spędza w dużej mierze samotnie mieszkając we Francji, pasjonat kolei - pewnego dnia rzuca się pod pociąg. Ambros Adelwarth, wuj narratora, jako młody człowiek podróżuje po Azji i Bliskim Wschodzie z przyjacielem, potem mieszka w Stanach, gdzie dokonuje żywota w szpitalu psychiatrycznym. Max Ferber to malarz mieszkający samotnie w Manchesterze, jego rodzice zginęli w Zagładzie, w ostatniej chwili zdołali wysłać go za granicę.


Pasjonującym zabiegiem jest polifoniczność całej narracji: praktycznie każda z historii opowiedziana jest przez kilku narratorów, często pojawiających się nagle np. monolog Ferbera przechodzi nagle w relację z dziennika jego matki. Typowo "Sebaldowskim" chwytem są również zdjęcia wplecione w tekst i dobrane tak, że niewprawnego czytelnika mogłyby zmylić, że ma do czynienia z literaturą faktu. Tymczasem jest to literatura mocno intelektualna i samoświadoma, czego wymownym symbolem jest postać V. Nabokova (zważmy, też emigranta!), który pojawia się w każdym z rozdziałów.


Każda z opowieści przesiąknięta jest do szpiku nostalgią, rozpamiętywaniem, smutkiem i tęsknotą za utraconym życiem. Bohaterowie Sebalda są trwale naznaczeni cierpieniem i samotnością, a ich alienacja podkreślana jest opisami scenerii i przedmiotów kuriozalnych, niepotrzebnych, porzuconych jak budzik-cum-czajnik (s. 196) czy poprzemysłowe pustynie Machesteru. Chociaż wątek żydowski oczywiście stanowi istotę tych historii, Sebalda ujęcie Zagłady jest inne niż zazwyczaj się spotyka, jakby dyskretne, stonowane, pozbawione drastyczności, pianissimo. Pokazuje skutki zbrodni bardziej niż ją samą, ponadto jego podejście cechuje, jak mi się wydaje, duży humanizm i empatia - doświadczenie jego bohaterów (wykorzenienie, tęsknota, melancholia) może przecież stać się udziałem każdego. Sama pamięć jawi się jako przekleństwo, "wspomnienia (...) ciążą i przyprawiają o zawrót głowy" (s. 186), uniemożliwiając funkcjonowanie. Bardzo inspirująca lektura!

poniedziałek, 5 października 2009

Odruch serca / Toni Morrison



Odruch serca / Toni Morrison ; z ang. przeł. Maria Olejniczak-Skarsgård. - Warszawa : Albatros Wydawnictwo A. Kuryłowicz, 2009. Ss. 223, ISBN 978-83-7359-909-3.


Tu i ówdzie spotyka się jeszcze opinię, że Toni Morrison dostała swoją Nagrodę Nobla, tylko dlatego, że jest czarną kobietą, z czym nie mam ochoty polemizować, dość powiedzieć, że choć (wbrew pozorom!) rzadko kupuję książki, czekając, aż pojawią się w Bibliotece, ile razy pojawia się nowa książka Morrison, biegnę czym prędzej do księgarni. Nie zawiodłem się jeszcze nigdy, choć akurat z "Odruchem serca" mam mały problem, bardzo podobny, jaki gnębił mnie przy lekturze "Zrozumieć życie" Nadine Gordimer. Otóż jest to bardzo porządna literatura, ale jednak trochę wtórna, zawiera wszystko to, co przesądza o wyjątkowości tej pisarki, przynosi jednak rozczarowanie związany z wysokimi oczekiwaniami, jakie mamy wobec tak utalentowanej Autorki.


Ale po kolei. Akcja powieści rozgrywa się w Ameryce Północnej we wczesnym XVII wieku. Jacob i Rebeca Vaark to dość ubodzy osadnicy, którzy z trudem wiążą koniec z końcem na swojej małej farmie. Do pomocy mają Indiankę Linę, której cała wioska zginęła w epidemii ospy, ciężarną niewydarzoną kobietę imieniem Żałość oraz małą Afrykankę Florens. Nie jest im łatwo: ich dzieci umierają w maleńkości, trzymają się z dala od sąsiadów, którzy są fanatykami religijnymi i na dodatek nie mogą się wzbogacić, bo z przyczyn moralnych nie chcą trzymać niewolników. Jacob, trochę w duchu "zastaw się a postaw się" chce postawić wielki dom, ale w trakcie budowy dopada go tyfus, którym zaraża się także Rebeca. Mała Florens musi wyruszyć w podróż do kowala (będącego zarazem obiektem jej miłości), który będzie umiał uzdrowić jej panią.


Powieść skonstruowana w formie łączącej na przemian monologi Florens biegnącej do kowala z narrację trzecioosobową opowiadającą losy kolejnych postaci (dla ścisłości, na końcu jest jeszcze jeden bardzo szczególny monolog, ale nie będę odbierał PT satysfakcji). Monologi te napisane są nieco dziecinnym, ale nasyconym intensywnością poezji językiem (chociaż chyba ciut zbyt wyrafinowanym jak na bohaterkę), oddającym całkowite opętanie miłością i pożądaniem i zupełne do granic samounicestwienia podporządkowanie kowalowi ("wiem, że marnieję, gdy odchodzisz, i prostuję się, gdy pani wysyła mnie do ciebie" - s. 146). Sama akcja powieści zdradza wyraźne pokrewieństwa z innymi powieściami Morrison: po śmierci Jacoba dom staje się zrujnowanym i zapuszczonym schronieniem dla wyrzutków (bo w tym świecie samotna kobieta to wyrzutek), które przypomina tytułowy "Raj". Losy Florens, a zwłaszcza niewyobrażalny wybór, przed jakim staje jej matka, kojarzy się z opus magnum Morrison czyli "Umiłowaną".


Bardzo ciekawą scenerią wydaje mi się sama wczesnokolonialna Ameryka, w której Morrison tropi jakby zarzewia późniejszych (czyli dzisiejszych) kłopotów: marginalizacja mniejszości etnicznych, żądza zysku, rozmaite szajby religijne. Tematem chyba jednak zasadniczym jest to jednak niewolnictwo. Z europejskiej perspektywy chyba nie doceniamy powagi tego zagadnienia, w czym zapewne jest pewna domieszka rasizmu (zbrodnia uczyniona czarnym nie jawi się niektórym jako aż tak straszna). Była to jednak szokująca i masowa zbrodnia i zawsze mi się wydawało, że nawet mówienie o czymś takim jak "handel" niewolnikami pomniejsza doniosłość problemu. Morrison nie tylko opisuje same realia niewolnictwa (tego zresztą jest więcej w "Umiłowanej", tu jednak ciekawa obserwacja, że również wolność białych ludzi jest stopniowalna), ale zwłaszcza pokazuje jego wpływ na człowieczeństwo zarówno panów jak i niewolników, konkludując: "zagarnięcie władzy nad drugim człowiekiem jest złą rzeczą" (s. [224]).


Mam nadzieję, że doczekamy się polskiego tłumaczenia "The bluest eye", która jest moją ulubioną pozycją w dorobku Morrison. A nawiasem mówiąc o tegorocznej noblistce wypowiadałem się tu bardzo przychylnie, więc mogę sobie teraz wyobrażać, jak bardzo wpływowy jest mój blog, aczkolwiek fakt, że Thomas Pynchon do dziś jej nie otrzymał, nieco tę nagrodę kompromituje.

poniedziałek, 14 września 2009

Stryj Silas / Joseph Sheridan Le Fanu


Stryj Silas / Joseph Sheridan Le Fanu ; przeł. Maciej Kozłowski. - Kraków : Wydawnictwo Literackie, 1987. Ss. 562, ISBN 83-08-01492-5.


Przeczytanie raz na jakiś czas czegoś XIX-wiecznego jest ciekawym przeżyciem czytelniczym. Uzmysławia jak bardzo się zmieniły nawyki autorów, oczekiwania czytelników i czasy w ogólności. Na omawianą tu powieść Le Fanu nie trafiłbym nigdy, gdyby nie urlop w ciepłych krajach, potrzebowałem bowiem książki jednocześnie stosunkowo długiej, raczej lekkiej (intelektualnie, nie fizycznie) i dziejącej się w krainach możliwie zimnych, ciemnych i deszczowych (aby oderwać się myślą od plaży). Z tego oto równania wyszedł mi "Stryj Silas".


Bohaterka i narratorka powieści, Maud Ruthyn, mieszka ze swoim starym ojcem-odludkiem w wielkiej posiadłości. Po śmierci ojca, na mocy jego ostatniej woli bohaterka zostaje oddana pod opiekę jego bratu, Silasowi. Silas jest wyrzutkiem, głównie z powodu ciążącego nad nim podejrzenia o popełnienie zbrodni. Gest brata ma odkupić go w oczach świata. W testamencie ojca jest jednak klauzula, że jeśli Maud umrze przed 21 urodzinami, stryj Silas przejmie cały jej majątek. Wokół naszej wrażliwej i delikatnej bohaterski zaczynają się dziać rzeczy niepokojące - czy jest to tylko jej paranoja, czy też ktoś czyha na jej życie?


Intryga kryminalna nie jest niestety skonstruowana ze szczególnym kunsztem. W którejś powieści Agathy Christie jest genialny pomysł, iż zabójcą okazuje się osoba najbardziej podejrzana od samego początku. Tu jest trochę podobnie, tzn. zakończenie jest tak oczywiste, że aż poniekąd poruszające. Le Fanu bardzo zgrabnie konstruuje dekoracje z typowych elementów wiktoriańskiego gotyku: jest szczypta niesamowitości (ojciec Maud jest wyznawcą Swedenborga), zapuszczone zamczysko z labiryntem korytarzy, bohaterka ulegająca "nerwom", atmosfera klaustrofobiczna i mroczna. Tu i ówdzie Autor funduje nam comic relief wprowadzając groteskowe postaci wywodzące się z klas niższych, czasem nawet żartuje autoironicznie z samej konwencji, każąc bohaterce czytać powieści Ann Radcliffe.


Pisarze tej epoki podobno widzieli kobiety jako albo anioły albo ladacznice, bez całej sfery pomiędzy. Główna bohaterka niestety jest zbyt ewidentnie produktem męskiej wyobraźni, ze swoim wiernopoddańczym stosunkiem do mężczyzn, kompletnym brakiem rozgarnięcia, jeśli już zdobywa się na jakąś aktywność, czyni to bardziej przez dziecinną przekorą, niż z prawdziwej woli działania, co jest w sumie dość irytujące.


Chociaż jednak Le Fanu to nie żadna Brontë, rzecz czyta się naprawdę przyjemnie, o ile nie ma się przesadnych wymagań. Przy wszystkich zastrzeżeniach powieść jest momentami - co paradoksalne, zważywszy jej "mroczność" - urocza, głównie przez swoją niedzisiejszość.

Lód / Jacek Dukaj


Lód / Jacek Dukaj. - Kraków : Wydawnictwo Literackie, 2007. Ss. 1050, ISBN 978-83-08-03985-4.


Przystępuję do pisania tej notki z pewnym zdenerwowaniem: książka z mnóstwem wątków, szalenie ambitna, frapująca, niebanalna, co gorsza - Autora, który zdaje się mieć oddanych wielbicieli. Z góry proszę, żeby mnie nie linczować wirtualnie jeśli będę na coś narzekał, prawdopodobnie znaczy to, że nie zrozumiałem Autora! Mimo mojej niechęci do fantastyki, akurat ta książka miała u mnie od początku duży kredyt zaufania, choćby ze względu na scenerię syberyjską (która mnie fascynuje, niemal na równi z bałkańską) czy wskazywane przez recenzentów podobieństwa do mojego ukochanego Pynchona.


Akcja powieści rozgrywa się w 1924 roku w alternatywnym świecie, w którym wskutek (jak najbardziej autentycznej!) katastrofy tunguskiej cała Rosja została skuta lodem. Miało to ogromny wpływ na dzieje świata: zmrożenie sprawiło, że nie wybuchła I wojna światowa, a Polska nigdy nie odzyskała niepodległości. Lód pokrywający Rosję nie jest zwyczajną wodą w stanie stałym, ma tą bowiem właściwość, że pod jego "władaniem" zanika wszelka entropia, wszystko (łącznie z ludzkim charakterem i historią) ulega zatrzymaniu, a wszystkim niepodzielnie rządzi logika dwuwartościowa (czyli np. oprócz światła mamy jego równie realne przeciwieństwo - ćmiatło). Nie wszystkim jednak podoba się ten stan rzeczy, i tu rozpoczyna się gargantuicznie skomplikowana intryga, w której centrum tkwi polski matematyk-hazardzista Benedykt Gierosławski.


To, co mnie najbardziej ujęło w tej książce, to eksperymentalna narracja, która nie jest jednak popisem inwencji i słowotoku Autora, ale jest jak najściślej związana z fabułą. Otóż skoro Polska nie odzyskała niepodległości, została zrusyfikowana, toteż język powieści jest czymś w rodzaju mieszanki polsko-rosyjskiej. Skoro w Lodzie wszystko jest obiektywne i jednoznaczne, bohater zamiast opowiadać w subiektywnym "ja" używa trzeciej osoby (tak właśnie! ogromna część książki napisana jest w stylu wyciągnęło się... się zaparło się..., ciekawa gra z naszymi przyzwyczajeniami!). Wreszcie narrację zdobi mnóstwo neologizmów opisujących pod-lodową rzeczywistość, niektóre z nich wywołujące nieoczekiwane skojarzenia jak soplicowo czyli gniazdo lutych, przedziwnych stworów żyjących w strefie zimy.


Autor, oprócz inteligentnych zabaw językowych - że tak to banalnie określę - olśniewa swoją erudycją, zaludniając powieść wieloma autentycznymi postaciami (Nikolai_Tesla, Piłudski, Kotarbiński), nawiązując do przeróżnych zjawisk duchowo-intelektualnych (rozliczne rosyjskie sekty, myśl Mikołaja Bierdajewa, mitologia ludów Syberii), faktów historycznych (przeróżne ruchy polityczne, dążenie do niepodległości Syberii). Zdarzają się też dowcipne aluzje literackie, jak choćby moment, gdy jeden z bohaterów stwierdza, że "Chińczycy trzymają się mocno".


Z pewnością najwięcej refleksji poświęcone jest w powieści Historii. Spróbujmy sobie wyobrazić, wydaje się proponować Autor, że Historia jest siłą realną ale niewidzialną, tak jak powiedzmy przyspieszenie, zaś po pojawieniu się Lodu panuje "fałsz Historji zamrożonej wbrew konieczności dziejów" (s. 185). Takie spojrzenie wydaje mi się dość ironicznym spojrzeniem na polską obsesję na punkcie historii, w której widzimy dla siebie jakieś wyjątkowe miejsce. Podobnie zresztą jak fakt, że pisząc o Syberii Autor nie pokazuje wcale Polaków jako zesłańców w kajdanach, a raczej jako odnoszących sukcesy ludzi biznesu (co jest równie prawdziwe). W ogóle zawsze byłem przekonany, że polska fantastyka jest bez wyjątku prawicowa, a tu jest fantastyka inteligentna (co jak wiadomo jest głównym zaprzeczeniem prawicowości). Można więc, rozważając te kwestie, śledzić szaloną i sensacyjną fabułę, ale największą przyjemnością jest chyba smakowanie tego fantastycznie wykreowanego świata. Na koniec, wiem, że rzadko odwołuję się na blogu do czegoś innego niż książki, ale ten oto blog zafascynował mnie i chyba nawet wiąże się trochę z "Lodem" Dukaja, choćby przez wątek Kolei Transsyberyjskiej.

wtorek, 8 września 2009

Oko cyklonu / Patrick White



Oko cyklonu / Patrick White ; przeł. Maria Skibniewska. - Warszawa : Państwowy Instytut Wydawniczy, 1976. Ss. 731. Seria: (Współczesna Proza Światowa).


Powrót na bloga po urlopowej przerwie zaznaczam niniejszym notką na temat jednego z moich ulubionych pisarzy. Jest to bodaj czwarta powieść White'a jaką czytam i muszę przyznać, że podobała mi się najmniej z nich wszystkich, ale za to - co potwierdza moją teorię, że nie ma nic ciekawszego niż słabsze książki wybitnych pisarzy - pozwoliła mi wyróżnić, co jest pewnym wątkiem raz po raz w twórczości australijskiego noblisty powracającym.


Bohaterka powieści, Elizabeth Hunter, niegdyś piękna, ciągle bardzo bogata, jako otępiała staruszka dożywa swych dni pod opieką trzech pielęgniarek. Ponieważ jej odejście zdaje się być kwestią tygodni, do Australii zjeżdżają jej dzieci - z Anglii syn Basil, wybitny aktor, a prywatnie kabotyn z kryzysem wieku średniego, z Francji córka Dorothy - była żona francuskiego arystokraty, osoba egoistyczna i tak pusta, że aż ją samą to zdumiewa.


White zgodnie ze swoją stałą metodą pisarską próbuje - w tym wypadku przez liczne nielinearne retrospekcje i strumienie świadomości poszczególnych postaci - pokazać życie człowieka w jego całości, od początku do końca, opisując jego kluczowe momenty i czynniki, które ukształtowały osobowość konkretnej postaci. W centrum znajduje się sama Elizabeth, piękna i fascynująca gwiazda sydneyskiej socjety, a zarazem osoba mająca, wskutek siły swojego charakteru, destrukcyjny i przytłaczający wpływ na swoich bliskich. Kłopot polega na tym, że trzy wydawałoby się kluczowe postaci są niezbyt przekonywujące, a z pewnością tak niesympatyczne, że czytanie o nich wzbudza pewną irytację. Właściwie tylko po postaciach drugiego planu (zwłaszcza po trzech pielęgniarkach) widać, z jak świetnym pisarzem mamy do czynienia.


Tytuł powieści można, jak sądzę, zinterpretować na dwa sposoby. Po pierwsze, sama pani Hunter jest takim okiem cyklonu: wokół niej wszyscy przeżywają załamania i dramaty, knują intrygi, romansują, kochają, zdradzają, a ona sama jest z tego kompletnie wyłączona. Po drugie, stanowi to nawiązanie do pewnego epizodu z życia Elizabeth, gdy podczas cyklonu doznaje ona epifanii, na moment objawia jej się całkiem inna rzeczywistość.


I właśnie to jest wspomniany na początku leitmotiv White'a - pisze on o ludziach, którzy nie będąc wcale niezwykłymi, potrafią jednak doznać objawień, całkiem świeckich, ale jednak niezwykłych, chociaż otoczeni są wstrętną, prymitywną, skupioną wyłącznie na pozorach, konsumpcji i taniej rozrywce Australią. Również - chociaż w mniejszym natężeniu - White dokonuje wiwisekcji literackiej zjawiska bycia-synem/-córką, traktując (tym razem) swoich bohaterów z bardzo gorzką złośliwością. Na ciekawej stronie wyczytałem, że o geniuszu White'a świadczy to, jak proste i nijakie życie prostych i nijakich ludzi potrafi przedstawić jako wzniosłą metafizyczną epopeję. Są i w "Oku..." takie właśnie momenty. Podsumowując, jeśli ktoś chce się zabrać do White'a, to od innej strony, a ci, którzy już połknęli bakcyla, to i owo dla siebie znajdą z pewnością.