
Każdy może być mordercą / Heimito von Doderer ; przeł. Kazimiera Iłłakowiczówna. - Wyd. 3 - Warszawa : Państwowy Instytut Wydawniczy, 1997. Ss. 453, ISBN 83-06-02-633-0. Seria: (Seria Kieszonkowa).
Jestem pewien, że wielu z gości mojego bloga zwraca baczną uwagę na pierwsze zdanie w nie znanej sobie dotychczas powieści. Chyba mało kto jest w stanie powiedzieć cokolwiek o austriackim pisarzu nazwiskiem Heimito von Doderer, ale po przeczytaniu zdania "Każdemu z nas własne dzieciństwo bywa wpakowywane na głowę jak odwrócony kubeł" (s. 5) zapewne niejeden pasjonat literatury pomyśli, że będzie się działo. I tak jest w istocie, chociaż urok lektury nie polegał dla mnie przynajmniej na śledzeniu intrygi kryminalnej (ostatnio w prywatnym liście wypomniano mi spoilery, toteż tym razem pominę rozwiązanie zagadki), ale na podążaniu za spokojną, zamaszystą melodią fraz, w której bezbłędnie wyczuwa się niemiecki oryginał, spolszczony przez znaną poetkę, która m. in. przełożyła również nowelę Georga Büchnera "Lenz" przepięknie przeniesioną nie dawno na deski Teatru Narodowego przez Barbarę Wysocką.
Konrad Kastylec chowa się jako późny syn jako tako prosperującego porywczego handlarza suknem. Wcześnie traci matkę, a jego najlepszym przyjacielem jest Günther Ligharts, ich ulubioną wspólną rozrywką jest łowienie salamander na bagnach. Kończy szkołę handlową, romansuje z młodą szwaczką Idą i starszą pracownicą (i kochanką) ojca Anką Hedeleg. Po ukończeniu szkoły dostaje pracę w fabryce Niemczech, gdzie z wolna wkupuje się w łaski lokalnego mieszczańskiego high society, a nawet poślubia córkę właściciela Mariannę Wejk. Tu zawiązuje się wątek kryminalny: otóż siostra Marianny, rozkapryszona i nieco szalona Louison ("złośliwy gnom" - mówi o niej żona Konrada), padła ofiarą brutalnego i nigdy nie wyjaśnionego morderstwa. Kastylec z biegiem czasu popada w obsesję na punkcie znalezienia sprawcy. Gdy zostaje wysłany do Berlina, nawiązuje kontakt z przyjacielem z dzieciństwa Günther i zaraża go swoją manią. Wspomnienia z dzieciństwa odżywają, jak niegdyś łowili nieszczęsne płazy, teraz tropią podejrzanego Henryka Pejca. Rozwiązania nie zdradzę, ale nie przyniesie ono nikomu ulgi ani satysfakcji.
Jeśli szkic fabuły sugerowałby jakiś związek z gatunkiem Entwicklungsroman, to jest on zdecydowanie ironiczny. Fani językoznawstwa mogli się zetknąć z pojęciem języków ergatywnych, w których zupełnie inaczej przedstawia się problem strony czynnej i biernej. W dawnych czasach uważano, że ludy, które posługują się powszechnie stroną bierną bardziej niż czynną postrzegają człowieka właśnie jako przedmiot rozmaitych potężnych sił. Otóż właśnie Kastylec jest człowiekiem, o którym można mówić niemal wyłącznie w stronie biernej - osobą całkowicie pasywną, oportunistyczną, reagującą tylko na bodźce z otoczenia a nie przetwarzającego ich na wolę działania. Jego praca, małżeństwo, mieszkanie stanowią jakby tylko okoliczność, scenografię, nie są przy tym wypełnione treścią. Dopiero podjęcie szalonego śledztwa sprawia, iż Konrad czuje się "jakby na dachu własnego życia [...] obserwując z takiej wysokości rzeczy sobie znane" (s. 320). Już po rozwiązaniu zagadki boleśnie uświadamia sobie swój konformizm i stwierdza, że "on sam nigdy nie żył. Podawano go sobie z rąk do rąk, jak przesyłkę pocztową" (s. 434). Całe jego życia jawi mu się jako nierealne, a za sprawą właściwego naturze ludzkiej sentymentalizmu "[okres dzieciństwa] przewyższał natężeniem światła wszystko tutejsze, pławiąc się w nieoczekiwanej jasności" (s. 174).
Najciekawsze w powieści są jednak fragmenty, w których nic się nie dzieje, te wszystkie skrupulatne, opisy, eseistyczne dygresje, złośliwe i zdystansowane filozoficzne przypisy narratora do przedstawionego świata. Muszę przyznać, że sformułowanie takie jak to, że kwiaty są "naszą niemą mową mimiczną wobec zmarłych, co do której spodziewamy się, że ci ją zrozumieją" (s. 120) sprawiają mi nieraz większą frajdę niż rozwiązanie jakiegoś morderstwa w kryminale. Kiedy jakiś pisarz idealnie przyszpila znaczenie takiego drobiazgu, dla którego nie potrafiłem znaleźć trafnego określenia. Z innych rzeczy, zdziwiła mnie śmiałość obyczajowa powieści wydanej bądź co bądź w 1938 roku jak dość dosadnie opisane czysto seksualne wczesne znajomości Kastylca, romans żony z instruktorem tenisa.
Pierwszego zdanie w kolejnym akapicie znajduje smutne rozwinięcie, iż "treść owego kubła nigdy nie może być zmyta" (s. 5). Powieść jest niewątpliwie wycieczką w dość przykry świat, ale na mnie zrobiła spore wrażenie.

0 komentarze:
Prześlij komentarz