
Koczowcnicy / Nenad Veličković ; przeł. Dorota Jovanka Ćirlić. - Wołowiec : Wydawnictwo Czarne, 2005. Ss. 292, ISBN 83-89755-25-4. Seria: (Inna Europa Inna Literatura).
Gdybym był (ach, dlaczego nie jestem?) badaczem literatury post-jugosłowiańskiej na pewno przyjrzałbym się z uwagą obrazom wojny lat 1992-1995, a może i napisał o tym pracę naukową. Trudno uwierzyć, że ta tragedia rozegrała się całkiem niedawno i zupełnie niedaleko. W omawianym na blogu "Krześle Eliasza" oglądaliśmy ten konflikt oczami Niemca przyjeżdżającego do oblężonego Sarajewa w poszukiwaniu śladów ojca. "Koczownicy" to na pewno bardziej subtelna literacko powieść, w odróżnieniu od poważnej i patetycznej książki Štiksa chętnie posługująca się humorem i groteską, na pewno błyskotliwa i pasjonująca, ale we mnie przynajmniej budzi jakiś opór. Podczas lektury miałem wrażenie, że czyta się ją zbyt łatwo, wszystkie te błyskotliwe zdania i zabawne pointy jakoś zbyt idealnie do siebie pasują. Często skaza czyni rzecz lub osobę bardziej interesującą, tu jakoś wszystko mi się wydaje zbyt gładkie. Ale przeczytać warto na pewno.
Narratorka powieści Maja, dziewczyna wybitnie inteligentna, ze zmysłem do obserwacji ale jednocześnie ciągle dość dziecinna czy może na taką się w swym pisaniu stylizująca, podczas oblężenia Sarajewa ukrywa się w piwnicy muzeum. Zachęcona przez swojego profesora literatury prowadzi "coś, co będzie powieścią w formie dziennika" (s. 9), trochę z nudów a trochę aby dać świadectwo. W zamknięciu towarzyszą jej: starszy już ojciec, dyrektor muzeum, który uważa za swój główny obowiązek uchronić zbiory przed barbarzyństwem; matka - wyznawczyni Sai Baby, wegetarianka i ezoteryczka, przyrodni brat Davor, radiowiec, którego główną troską jest uniknięcie poboru do bośniackiego wojska oraz opieka nad ciężarną żoną Sanją - okropnie irytującą histeryczką. Starsze pokolenie reprezentują: babcia, obdarzona niezwykłym powonieniem, wilczym apetytem, nie za bardzo kojarząca co się wokół niej dzieje, ale zaciekle strzegąca kuferka z nieznaną nikomu zawartością oraz dwaj weterani II wojny Julio i Brkić. Do tego dochodzi pies Sniffi oraz rozmaici nieproszeni goście, jak inni uchodźcy. Te wszystkie dość niecodzienne postaci, stłoczone w niezwykłym miejscu, w ekstremalnych warunkach - to punkt wyjścia opowieści.
Można potraktować "Koczowników" jako swoisty dokument oblężenia. Dowiemy się z niego o warunkach, w jakich żyli mieszkańcy Sarajewa, ich kłopotach z dostępem do wody, jedzenia, sanitariatów, lekarstw, o ciągłym zagrożeniu ze strony snajperów. Autor pokazuje również przebudzenie czy też rodzenie się tożsamości bośniackiej, z niekiedy dość śmiesznymi przejawami jak używanie turcyzmów w mowie i całkiem nieśmiesznymi jak pojawienie się wojowniczego islamu. Oba zjawiska zresztą kompletnie obce narratorce i jej rodzinie, którzy należą (czy należeli) do świeckiej klasy średniej. Z rzadka pojawiają się żołnierze w błękitnych hełmach, w których bohaterowie widzą "lekarza, którego wezwano, by stwierdził śmierć, a nie żeby przepisał lekarstwa" (s. 108).
Oczywiście trudno zlekceważyć fakt, że bohaterowie ukrywają się akurat w muzeum. Ze swoimi ikonami, nagrobkami, kilimami stanowi ono idealną metaforę wielokulturowej historii Bośni, ziemi, gdzie "decyzje sądów i królewskie pieczęci trwają tyle, co słowa napisane palcem na piasku" (s. 122). Veličković jednak ucieka od historiozofii, skupia się na zwykłych ludziach uwikłanych w wojnę, dla których ta "zajęła miejsce oswojonego psa włóczęgi lub znalezionego na śmietniku parszywego kota" (s. 255). Nie ma w sobie nic wzniosłego, jest - kiedy się już do niej przywyknie - natrętna, uprzykrzająca życie, groteskowa i absurdalna.
Koledzy blogerzy piszący o "Koczownikach" (choćby tu i tu) zwracają uwagę na humor. Oczywiście trudno się nie śmiać z matki Mai, dla której I-Cing jest jak pierwszy sekretarz partii komunistycznej czy ze zwariowanych wojennych opowieści Julia, ale tego samego Autora "Sahib" jest jednak dużo śmieszniejszy, tutaj nie brakuje nostalgii i smutku (uosabianego przez babcię), goryczy, beznadziei. Humor i dystans to dla narratorki broń przed rozpaczą, oswajanie rzeczywistości, momentami wręcz poetyzowanie jej (że przytoczę choćby piękną metaforę "Być ciężarną to znaczy pocierać własny brzuch zamiast lampy Alladyna" s. 198). Zakończenie można rozumieć jako promyk nadziei, chociaż ja nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jest ono raczej ironiczne.
Warto zwrócić uwagę na niezmiernie obszerne i ciekawe, a przy tym zupełnie niestandardowe przypisy Tłumaczki, które daleko wykraczają poza funkcję objaśniania obcych realiów, ale - jak mi się wydaje - układają się w osobistą wypowiedź o wojnie w Bośni.

0 komentarze:
Prześlij komentarz