piątek, 6 stycznia 2012

Inny kraj / James Baldwin



Inny kraj / James Baldwin ; przeł. Tadeusz Jan Dehnel ; [posł. Wacław Sadkowski]. - Warszawa : Państwowy Instytut Wydawniczy, 1968. Ss. 465. Seria: (Współczesna Proza Światowa).
Jest coś ironicznego w tym, że pierwsze wydanie "Innego kraju" oddano do druku, jak dowiadujemy się ze strony redakcyjnej, w kwietniu 1968, po wydarzeniach (czy może jeszcze w ich trakcie), które pokazały, że PRL nie ma wcale ochoty pracować nad porozumieniem z Innym. Dość śmiesznie w kontekście tych wszystkich smutnych okoliczności brzmi wyrażona w posłowiu humanitarna troska o los czarnych w USA i zaduma nad "odczłowieczeniem stosunków międzyludzkich w amerykańskim społeczeństwie" (s. 465, z nieznacznymi zmianami). Troska PRL o los czarnych Amerykanów zaowocowała przynajmniej pewną liczną przekładów. Mamy bodaj sześć powieści Jamesa Baldwina, chyba najbardziej znanego afroamerykańskiego pisarza do czasu Toni Morrison, a także wybór jego esejów w opracowaniu Daniela Passenta, może być ciekawe. Mamy też jakieś tłumaczenia Richarda Wrighta, mentora Baldwina. W potwornie zamierzchłych czasach przedarłem się przez oryginalną wersję "Go tell it on the mountain" i po latach chciałem sobie tego Autora odświeżyć.


Powieść składa się z trzech wyraźnie wyodrębnionych części, z których każda skupia się na innym bohaterze. Bohaterem pierwszej jest Rufus Scott, czarnoskóry muzyk jazzowy. Znajduje sobie białą kochankę Leonę, którą straszliwie poniewiera, potem przytłoczony własną brutalnością, depresją i natłokiem uczuć popełnia samobójstwo skacząc z mostu. Druga część skupia się wokół przyjaciela Rufusa Vivaldo Moore'a, który stara się usilnie zostać pisarzem. Przesiaduje w tym celu swojego mentora Richarda Wrighta i jego żony Cass i zżera go zazdrość. Z czasem nawiązuje romans z siostrą Rufusa Idą, która próbuje zostać piosenkarką. W trzeciej części poznajemy byłego kochanka Rufusa Erica, aktora, który spędziwszy wiele lat we Francji postanawia wrócić do Stanów zabierając ze sobą poznanego na obczyźnie Yvesa. Przyleciawszy do Stanów nawiązuje romans z Cass, która wyraźnie męczy się u boku nudnego męża, ma też one-night stand z Vivaldem, który jednak za nic nie chce dopuścić do siebie myśli o własnej "nieheteroseksualności".


Podobno każdy z tych mężczyzn to po trosze autoportret Autora: Rufus to Baldwin taki, jak by skończył, gdyby nie wyjechał do Francji, Vivaldo - to Baldwin jako początkujący pisarz, Eric - Baldwin taki, jakim był podczas pobytu w Paryżu. Kto wie. Na pewno postaci w powieści można podzielić na takie, w których buzują emocje, gniew i namiętność jak Rufus i Ida oraz takie, które "przeważnie nie żyją [...] zostają ogłuszeni jak gdyby ciosem młota i później trwają martwo w otchłani niewiadomych" (s. 142) jak Vivaldo i Cass. Najspokojniejszy, najbardziej pogodzony z życiem wydaje się być Eric, zapewne pod wpływem zdrowego europejskiego powietrza. Problem rasowy, który tak poruszał sumienia w PRL, oczywiście jest widoczny. Wszyscy bohaterowie są oczywiście postępowi i rasizm im nie w głowach, ale zarazem nie dostrzegają barier, przed jakimi stoi Ida czy Rufus. Ci z kolei są niezdolni do zaufania białym z powodu tychże barier, mogą być w stosunku do nich albo katem albo ofiarą. Świetnie widać to we fragmentach (które najbardziej mi przypadły do gustu z całej książki), gdzie Ida i Vivaldo pokonują wzajemną nieufność i próbują w swoim obskurnym mieszkanku budować swoją miłość. Dla Vivaldo zresztą Harlem to chyba metafora własnych mrocznych zakątków, w czarnej dzielnicy, do której chadza na prostytutki "czuł się jak gdyby prawdziwszy, gdyż poruszał się w oparach nienawiści, uznania dla własnej osoby, seksualnego podniecenia" (s. 146).


Również bardzo fascynująco pokazał Baldwin upadek Rufusa, a zwłaszcza to jak po potężną lecz destrukcyjną osobowością. Istnieje jako wspomnienie brata, kochanka, śmierci jest on ciągle obecny wśród swoich znajomych, którzy mieli styczność z jego muzyką, przeszłości. Czytając o Rufusie miałem przed oczyma mojego ukochanego Roberta Johnsona, którego sztuka także była napędzana bólem, przed którym zdaje się asekurancko uciekać Vivaldo. Te fragmenty zostają w pamięci, mimo to jednak powieści nie czyta się z wielką przyjemnością, choć na pewno są ładne obrazki z cyklu "smutek wielkiego miasta". Czuć niestety, że tłumaczenie ma już ponad 50 lat, a realia USA (jak fakt, że Greer Garson to kobieta) były dla tłumacza nie zawsze czytelne. Przeczytać warto, ale nie należy liczyć na żywsze bicie serca.

0 komentarze: